***
25 sierpnia 2051 roku.
- Gdzie jesteś… - powtarzał cicho
Dante, kręcąc się dookoła małego pokoju z pistoletami w rękach. Gdzieś tutaj
skrył się Munchado, jeden z dziesięciu Łowców przysłanych z Limbo. Ich kapitan
wysłał oddział, aby zbadać środowisko dwudziestolatka. Chciał wiedzieć jak
najwięcej na jego temat, gdzie mieszka, jaką ma datę urodzin, skąd pochodzi,
jaki ma numer buta… Lecz nie zostało ich zbyt wielu. Ośmiu już nie żyło, a w
magazynku Irivini zostały tylko cztery naboje… Z lewej strony jakiś szmer,
szybkie pociągnięcie za spust i w ścianie pozostała dziura po kuli. – Gdzie on
jest…
Nagle coś mignęło na suficie. Z
góry spadła pokraka, rzucając się na srebrnowłosego. Ten, powalony przez
przeciwnika, upuścił pistolet. Lecz na jego twarzy wymalował się uśmiech.
- Exequito, przybądź… -
wyszeptał. Gdzieś z góry spadł Zabójca Dusz. Przebił on demona w okolicy
brzucha lecz zatrzymał się tuż przed ciałem Dante. Potwór powoli się rozpadał,
ostrze znikało a Pogromca był już wolny. – ISABELLA! SŁYSZYSZ MNIE! – krzyknął,
oczyszczając się z prochu.
-Nie musisz mówić tak głośno,
słyszę Cię doskonale… - odrzekł głos znikąd. Przed mężczyzną pojawiła się jasna
brama w kształcie półkola. Po drugiej stronie ujawniał się apartament, w którym
mieszkała cała grupka, lecz coś powstrzymało go od przejścia. Dłoń, która
trzymała jego bark, szpony, wbijające się w ciało. Coś było nie tak… To nie był
kolejny, zwykły demon…
Ból. Wielki ból w miejscu
brzucha. Przedramię stwora, przechodzące przez tułów Dante jak przez masło. I
chichot. Złowrogi chichot zza pleców dwudziestolatka. Ciało, już się nie
poruszające, upadło na podłogę. Krew wyciekała dosyć szerokim strumieniem z
ogromnej rany. Isabella stała po drugiej stronie. Widziała wszystko. Ale najgorsze
miało się dopiero wydarzyć…
Ciemna aura gromadziła się nad
mężczyzną. Jego rana przestawała krwawić, włosy stawały się czarne. Otworzył
oczy, które zabarwiły się na kolor pomarańczowy. Ryk z jego ust ogłuszył
oponenta.
Błysk. Dante zniknął. Kolejny mig
światła. Stał za demonem, trzymając w ręce mecz. Zwinnym ruchem odciął dłoń przeciwnika.
Znów coś błysnęło! Pojawił się przed potworem, przebijając mu Łańcuch Losu. Ale
jak? Normalnie, przeszył go ostrzem na wylot. Nieprzyjaciel upada, siwowłosy
się nad nim nachyla.
- Pogro… EKHU… Pogromco, muszę Ci
coś powiedzieć… - rzekł demonicznym głosem wróg.
- O co chodzi? Mów… - odrzekł,
podobnym głosem, Dante.
- Uważaj… Nie wszyscy są tymi, za
kogo się podają…
Demoniczne zwłoki zniknęły.
Mężczyzna obudził się w objęciach dziewczyny.
- Nigdy. Więcej. Tego. Nie. Rób.
– powiedziała stanowczo czarnowłosa, lekko ocierając łzy ze swoich policzków…
***
7 grudnia 2051 roku.
Huk! Coś pękło w korytarzu! Dante
wyskakuje z niego szybko, obejmując Isabellę. Za nimi słychać donośny śmiech…
Jakiś taki demoniczny śmiech…
- Hej! Nic ci nie jest?! -
krzyknął przerażony mężczyzna do dziewczyny. Była ledwo przytomna, miała dwie
rany kute w okolicach brzucha. Jedna mocno krwawiła. – Spokojnie, musisz
przeżyć… Uratuję cię…
- Niphinistro! Nie odwracaj wzroku
od przeciwnika! – ryknął Madlock, wielki, kościsty facet koło trzydziestki. W
dłoni zaciskał coś jakby miecz połączony z lancą. Dwa wielkie rogi odstawały po
bokach jego głowy. Przebity brzuch mu nie przeszkadzał, w końcu już znał Dante
na tyle długo, żeby przewidzieć ataki jego Zabójcy Dusz. Ten brzuch był
specjalnie na to przygotowany. Wzmacniany przez kilka warstw demonicznej skóry
wytrzyma każdy atak, a po walce z Exequito automatycznie zacznie się
regenerować. Lecz skąd on znał Dante aż tak dobrze? Otóż jest to prawdziwa
forma naszego starego znajomego, pana Antonio.
- Dlaczego? Byłeś jedną z
nielicznych osób, której mogłem zaufać… Dlaczego? – pytał siwowłosy.
-
Hahaha! Pamiętaj o tym, co ci kiedyś powiedziałem! – odrzekł stwór. – Prawdziwe DEMONY kryją się w nas samych! –
nacisnął najmocniej na słowo demony. To prawda, on wydawał się dosyć dziwny,
ale żeby był zdrajcą?
Z rany na czole Dantego ściekały gęste krople
bordowej krwi. Jego miecz został w pokoju z bilardem, wbity w ścianę. Pistolety
miały już ostatnie cztery naboje. Nie miał szans tego wygrać a na pewno nie…
Na pewno nie w TEJ formie…
-
Demony są w nas samych? Masz rację… - wyszeptał z nienawiścią w głosie. Oprócz
nienawiści dało się tam wyczuć coś jeszcze. Dało się tam wyczuć chęć mordu…
Otworzył oczy, które zmieniły zabarwienie na ciemnopomarańczowe. Jego włosy
zmieniały powoli kolor na czarny. Ręce stawały się jakby bardziej umięśnione. –
Pamiętaj o tym, że ja także mam swą demoniczną „wersję”… Błysk! Dante pojawia
się za przeciwnikiem po czym wbija mu otwartą dłoń w miejsce Łańcucha Losu.
Kolejny błysk! Tym razem pojawia się przed wrogiem, atakując go z mocnego
lewego sierpowego. Łapie go za niby-miecz i lekko wygina nadgarstek. Palce
Madlocka słabną… Puścił go! Znów błysk! Dante stoi około krok od demona. Jeden
mocny zamach mieczem i… Co?! Miecz znika?! Siwowłosy zdziwiony spogląda swym
demonicznym wzrokiem na oponenta.
-
Zdziwiony, co? Nie zabijesz mnie moją własną bronią!
Dante
nie ma wyboru. Wykorzystuje ostatni błysk i sekundę później wraca ze swym
kochanym Exequito. Pchnięcie od frontu – przecina mu Węzeł Wspomnień! Kolejny
atak, na plecy – masakruje jego Czarny Rdzeń! Ostatni, decydujący atak –
jednym, porządnym cięciem dekapituje wroga. Wtem upuszcza oręż. Pada na kolana
i wraca do poprzedniej formy. Traci przytomność…
-
Dante! Nie umieraj! Słyszysz mnie! Dante! – wrzeszczy roztrzęsiona Isabella, z
trudem przepuszczając słowa przez zęby zaciśnięte ze złości. Jest zła, bo on
obiecał jej, że nigdy nie opuści czarnej. A już na pewno nie opuści jej,
kiedy w powietrzu będzie czuć krew demona. Litry łez leją jej się po
policzkach… Ale cóż to! Białowłosy otwiera oczy!
-
Wy… Wybacz mi… Miałem.. Miałem już nie wchodzić w tę formę…
-
Dante… Najważniejsze jest to, że żyjesz… - wypowiedziała te słowa, po czym
mocno objęła pół-demona. Przez ten czas wytworzyła się między nimi niesamowita
więź… - Wybaczam ci… Rozumiem cię… W końcu prawdziwe demony są w nas samych...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz