poniedziałek, 12 maja 2014

Demony są w nas samych - zakończenie.

I tak oto Demoniczne opowiastki zostają "zawieszone". Nie będzie tu już więcej przygód Dante i Isabelli, ale może kiedyś wrócą, tym razem z innymi bohaterami...


***

25 sierpnia 2051 roku.


- Gdzie jesteś… - powtarzał cicho Dante, kręcąc się dookoła małego pokoju z pistoletami w rękach. Gdzieś tutaj skrył się Munchado, jeden z dziesięciu Łowców przysłanych z Limbo. Ich kapitan wysłał oddział, aby zbadać środowisko dwudziestolatka. Chciał wiedzieć jak najwięcej na jego temat, gdzie mieszka, jaką ma datę urodzin, skąd pochodzi, jaki ma numer buta… Lecz nie zostało ich zbyt wielu. Ośmiu już nie żyło, a w magazynku Irivini zostały tylko cztery naboje… Z lewej strony jakiś szmer, szybkie pociągnięcie za spust i w ścianie pozostała dziura po kuli. – Gdzie on jest…
Nagle coś mignęło na suficie. Z góry spadła pokraka, rzucając się na srebrnowłosego. Ten, powalony przez przeciwnika, upuścił pistolet. Lecz na jego twarzy wymalował się uśmiech.
- Exequito, przybądź… - wyszeptał. Gdzieś z góry spadł Zabójca Dusz. Przebił on demona w okolicy brzucha lecz zatrzymał się tuż przed ciałem Dante. Potwór powoli się rozpadał, ostrze znikało a Pogromca był już wolny. – ISABELLA! SŁYSZYSZ MNIE! – krzyknął, oczyszczając się z prochu.
-Nie musisz mówić tak głośno, słyszę Cię doskonale… - odrzekł głos znikąd. Przed mężczyzną pojawiła się jasna brama w kształcie półkola. Po drugiej stronie ujawniał się apartament, w którym mieszkała cała grupka, lecz coś powstrzymało go od przejścia. Dłoń, która trzymała jego bark, szpony, wbijające się w ciało. Coś było nie tak… To nie był kolejny, zwykły demon…
Ból. Wielki ból w miejscu brzucha. Przedramię stwora, przechodzące przez tułów Dante jak przez masło. I chichot. Złowrogi chichot zza pleców dwudziestolatka. Ciało, już się nie poruszające, upadło na podłogę. Krew wyciekała dosyć szerokim strumieniem z ogromnej rany. Isabella stała po drugiej stronie. Widziała wszystko. Ale najgorsze miało się dopiero wydarzyć…
Ciemna aura gromadziła się nad mężczyzną. Jego rana przestawała krwawić, włosy stawały się czarne. Otworzył oczy, które zabarwiły się na kolor pomarańczowy. Ryk z jego ust ogłuszył oponenta.
Błysk. Dante zniknął. Kolejny mig światła. Stał za demonem, trzymając w ręce mecz. Zwinnym ruchem odciął dłoń przeciwnika. Znów coś błysnęło! Pojawił się przed potworem, przebijając mu Łańcuch Losu. Ale jak? Normalnie, przeszył go ostrzem na wylot. Nieprzyjaciel upada, siwowłosy się nad nim nachyla.
- Pogro… EKHU… Pogromco, muszę Ci coś powiedzieć… - rzekł demonicznym głosem wróg.
- O co chodzi? Mów… - odrzekł, podobnym głosem, Dante.
- Uważaj… Nie wszyscy są tymi, za kogo się podają…
Demoniczne zwłoki zniknęły. Mężczyzna obudził się w objęciach dziewczyny.
- Nigdy. Więcej. Tego. Nie. Rób. – powiedziała stanowczo czarnowłosa, lekko ocierając łzy ze swoich policzków…

***

7 grudnia 2051 roku.


Huk! Coś pękło w korytarzu! Dante wyskakuje z niego szybko, obejmując Isabellę. Za nimi słychać donośny śmiech… Jakiś taki demoniczny śmiech…
- Hej! Nic ci nie jest?! - krzyknął przerażony mężczyzna do dziewczyny. Była ledwo przytomna, miała dwie rany kute w okolicach brzucha. Jedna mocno krwawiła. – Spokojnie, musisz przeżyć… Uratuję cię…
- Niphinistro! Nie odwracaj wzroku od przeciwnika! – ryknął Madlock, wielki, kościsty facet koło trzydziestki. W dłoni zaciskał coś jakby miecz połączony z lancą. Dwa wielkie rogi odstawały po bokach jego głowy. Przebity brzuch mu nie przeszkadzał, w końcu już znał Dante na tyle długo, żeby przewidzieć ataki jego Zabójcy Dusz. Ten brzuch był specjalnie na to przygotowany. Wzmacniany przez kilka warstw demonicznej skóry wytrzyma każdy atak, a po walce z Exequito automatycznie zacznie się regenerować. Lecz skąd on znał Dante aż tak dobrze? Otóż jest to prawdziwa forma naszego starego znajomego, pana Antonio.
- Dlaczego? Byłeś jedną z nielicznych osób, której mogłem zaufać… Dlaczego? – pytał siwowłosy.

- Hahaha! Pamiętaj o tym, co ci kiedyś powiedziałem! – odrzekł stwór. – Prawdziwe DEMONY kryją się w nas samych! – nacisnął najmocniej na słowo demony. To prawda, on wydawał się dosyć dziwny, ale żeby był zdrajcą?
 Z rany na czole Dantego ściekały gęste krople bordowej krwi. Jego miecz został w pokoju z bilardem, wbity w ścianę. Pistolety miały już ostatnie cztery naboje. Nie miał szans tego wygrać a na pewno nie… 

Na pewno nie w TEJ formie…

- Demony są w nas samych? Masz rację… - wyszeptał z nienawiścią w głosie. Oprócz nienawiści dało się tam wyczuć coś jeszcze. Dało się tam wyczuć chęć mordu… Otworzył oczy, które zmieniły zabarwienie na ciemnopomarańczowe. Jego włosy zmieniały powoli kolor na czarny. Ręce stawały się jakby bardziej umięśnione. – Pamiętaj o tym, że ja także mam swą demoniczną „wersję”… Błysk! Dante pojawia się za przeciwnikiem po czym wbija mu otwartą dłoń w miejsce Łańcucha Losu. Kolejny błysk! Tym razem pojawia się przed wrogiem, atakując go z mocnego lewego sierpowego. Łapie go za niby-miecz i lekko wygina nadgarstek. Palce Madlocka słabną… Puścił go! Znów błysk! Dante stoi około krok od demona. Jeden mocny zamach mieczem i… Co?! Miecz znika?! Siwowłosy zdziwiony spogląda swym demonicznym wzrokiem na oponenta.
- Zdziwiony, co? Nie zabijesz mnie moją własną bronią!
Dante nie ma wyboru. Wykorzystuje ostatni błysk i sekundę później wraca ze swym kochanym Exequito. Pchnięcie od frontu – przecina mu Węzeł Wspomnień! Kolejny atak, na plecy – masakruje jego Czarny Rdzeń! Ostatni, decydujący atak – jednym, porządnym cięciem dekapituje wroga. Wtem upuszcza oręż. Pada na kolana i wraca do poprzedniej formy. Traci przytomność…
- Dante! Nie umieraj! Słyszysz mnie! Dante! – wrzeszczy roztrzęsiona Isabella, z trudem przepuszczając słowa przez zęby zaciśnięte ze złości. Jest zła, bo on obiecał jej, że nigdy nie opuści czarnej. A już na pewno nie opuści jej, kiedy w powietrzu będzie czuć krew demona. Litry łez leją jej się po policzkach… Ale cóż to! Białowłosy otwiera oczy!
- Wy… Wybacz mi… Miałem.. Miałem już nie wchodzić w tę formę…
- Dante… Najważniejsze jest to, że żyjesz… - wypowiedziała te słowa, po czym mocno objęła pół-demona. Przez ten czas wytworzyła się między nimi niesamowita więź… - Wybaczam ci… Rozumiem cię… W końcu prawdziwe demony są w nas samych...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz